niedziela, 12 lutego 2012

Szarlotkowy weekend biegowy

Szarlotkowy weekend biegowy zaczął się już piątkową nocą, gdy wybrałam się do M., która serwowała "szarlotkę" przez pół nocy. Ciężko było po intensywnej szarlotkowo-wspomnieniowej nocy zerwać się z rana na trening... Ale dałam radę, dzięki temu chyba, że umówiłam się dzień wcześniej z niezastąpionym K., że o 11 rano zaatakujemy Agrykolę, bo dawno nie byliśmy. Głupio było nie pojawić się, zwłaszcza, że umówiliśmy się u mnie, a ja zacumowałam na noc na drugim końcu Warszawy. Szybkie śniadanie w postaci pół miseczki ogórkowej. Zimowy ekwipunek biegowy na siebie i wyruszyliśmy. Nie powiem, żebym czuła się szczególnie mocno tego ranka;). Ale pogoda była tak fantastyczna, że i tak byłam bardzo zadowolona z tego wyjścia na trening. Rzeźkie, mroźne powietrze i słoneczne niebo - super:). 

 "Niechcący" przetestowałam przyczepność moich Brooksów na oblodzonej bieżni - nie wiem dlaczego byłam przekonana, że na bieżni nie będzie za dużo lodu;). A było sporo. I Ravenny radziły sobie całkiem nieźle. Samego biegania dużo nie wyszło, bo raptem niewiele ponad 7 km w tempie ok. 5:45/km. Chwila rozciągania po i....wtedy dopiero poczułam się naprawdę świetnie! Nie czułam już wieczornej szarlotki, a jedynie wielką radość z tego dość relaksacyjnego truchtania w tak piękną pogodę. Czułam wprawdzie, że moje ramiona jeszcze lekko mi ciążą po intensywnej pracy wykonanej podczas treningu siły biegowej z Wojtkiem Staszewskim z Centrum Biegowym Ergo w czwartek (sam trening naprawdę był fajny i na pewno jeszcze się wybiorę w kolejne czwartki). 

 Niedziela natomiast upłynęła pod znakiem długiego wybiegania w Lesie im. Sobieskiego. Wybraliśmy się z K. do Wesołej, gdzie odbywał się Pierwszy Piknik Narciarski - zawody dla amatorów, z tą myślą, że skorzystamy z tego, że na miejscu miał być instruktor, i popróbujemy biegówek, a potem zrobimy wybieganie. Niestety. Okazało się, że instruktora w dniu Pikniku nie było, był dzień wcześniej (sic!), mimo że na plakatach przekaz był jednoznaczny... Plusem było to, że mogliśmy skorzystać z depozytu i pozostawić nasze rzeczy na czas treningu pod opieką. I ruszyliśmy. Jak się okazało - na trening "Combo", jak to stwierdził K. Niestety dokładnego kilometrażu mój miCoach nie złapał, bo HTC wysiadło gdzieś po 11 km (może z zimna?), ale nabiegaliśmy 1:53:00, więc planowane 15 km na pewno pękło;). W tym zaliczyliśmy kilka podbiegów w ramach crossu i całkiem niezłą siłę biegową na mało uczęszczanych ścieżkach zrobiliśmy (bo po co biegać autostradami;)?), którą poczuły moje stawy skokowe dość bardzo. A to wszystko w pięknej scenerii i przy przyjemnej zimowej pogodzie. Oj tak - lubię to. W lesie mnie niesie:). Inaczej upływa czas treningu, inaczej się męczę, przyjemniej jakoś. W głowie kołacze myśl o przeprowadzce w "tamte" rejony Warszawy (tzn. te, gdzie blisko do lasu jest). 

 No i nie mogło zabraknąć szarlotki:). Ale już tej tradycyjnej, w Restauracji "U Szymona" na terenie Hipodromu, gdzie odbywał się biegówkowy piknik. Cóż... My też zrobiliśmy sobie własny, całkiem przyjemny. Biegowy. A szarlotka z herbatą po prawie 2 h biegania - poezja..:). 

 Dawno nie miałam takiego tygodnia biegowego - 4 treningi, bez żadnej ściemy i wymówek. Podoba mi się to. Chcę więcej takich. Systematyczności! Wzywam Cię! Przybywaj, bo miłością wielką zapałałam!

środa, 8 lutego 2012

Słuchajcie!

Słuchajcie! (To zawołanie nieodmiennie mi się z Piotrem Skrzyneckim z Piwnicy kojarzy, ale co tam;)). Wracam!:) Do biegania już jakiś czas temu zdążyłam, do pisania wracam teraz. Bo, słuchajcie, okazuje się, że mimo kilku miesięcy (sic!) ciszy, blog jednak odwiedzany był, i to nie raz i nie dwa. Miłe to. A że ja na nowo potrzebuję blogowego towarzysza (i Towarzystwa;)) w kolejnym sezonie biegowym, to here we are - ja i mój ocobiegacz. Póki co, formuła się nie zmienia - będę biegowo i okołobiegowo relacjonować kobiece życie.

Nie będę oryginalna (choć sama na siebie się za to ostro wkurzam), gdy powiem, że przełomem był przełom roku - a jakże!:) Mało tego - dość gładki film z boskim Antonio i coraz mniej już boską Meg, w którym ta ostatnia "bierze się ostro za siebie". Tym z Was, którzy nie widzieli tego dzieła sztuki filmowej napomknę, że jej (Meg) ostatecznym impulsem było to, gdy siedząc na podłodze na lotnisku po odstawieniu syna na samolot, dostała do kubka z kawą monetę, bo przechodzeń wziął ją za....kloszarda. Moją monetą był noworoczny bieg. S-t-r-a-s-z-n-y. Zatem od Nowego Roku staram się na nowo usystematyzować. W międzyczasie zaliczyłam falenickie wydmy (bolało, ale było szybciej niż rok temu), opuściłam Chomiczówkę (wygrał głos rozsądku, ale dzięki temu zdałam filozofię prawa na piękne 4+) i zdecydowałam, że w tym roku jednak HM w Warszawie, a nie w Sobótce będę obstawiać, bo znów się pięknie te dwa fajne biegi zgrały terminami w bezpośrednim sąsiedztwie. W Sobótce będzie moje przystojniejsze przedstawicielstwo.

O planach jeszcze będzie na pewno w niedługim czasie. Mam nadzieję, że uda się jakiś "niestandard" wprowadzić do kalendarza.

Ze spraw okołobiegowych i ostatnich doświadczeń - mały apel.
Pracujące Dziewczyny! Biegajcie! - jest na Was "popyt" wśród korporacyjno-urzędowych ekip biegowych. Bez Was czasami naprawdę fajni ludzie mogą tracić okazję wystartowania w ramach klasyfikacji drużynowych;). A Wy tracicie szansę na niekończące się pogaduchy na wszystkim-wiadome-tematy w kuchni, bufecie czy przy drukarce;). O korzyściach dla zdrowia, samopoczucia i sylwetki nie wspomnę. /to be continued/

Jutro wybieram się na trening w ramach Ergo Treningów przygotowujących do Półmaratonu Warszawskiego z Wojtkiem Staszewskim - wrażeniami się podzielę, rzecz jasna.

Do następnego!
Niech mróz Wam przyjemnym będzie;)

niedziela, 23 października 2011

Ból bez-ruchu

Jestem z powrotem.

Pierwszy po dłuuugiej przerwie bieg postanowiłam uczcić wpisem na blogu:).

Dlaczego nie biegałam?

Pomyślcie o tych wszystkich sprawach, które zawsze skutkują stwierdzeniem "nie mam dziś czasu na trening", pomnóżcie to mniej więcej przez 50 i okaże się, że właśnie dlatego;).
Ale jak już wydam siostrę za mąż (praktyka konsultantki ślubnej otwarta;)), zostanę specjalistą od kpc po drugiej poprawce i wygram batalię z wydziałową polityką "prostudencką", wezmę się na powrót porządnie za siebie - obiecuję!

Dlaczego dzisiaj pobiegłam?

Najprościej będzie odpowiedzieć, że mnie bolało. Obudziłam się z takim bólem pleców, że jak to się mówi - "nie było bata". Mało tego - byłam już nawet nieźle przeziębiona (co oczywiście z braku aktywności wynikało i zahartowania braku, rzecz jasna) - o ironio - po całym dniu spędzonym na bieżni w ramach ubiegłotygodniowego Testu Coopera dla wszystkich.
Przeszło na szczęście, ale nie zamierzam już sama się na takie "uroki jesiennej pogody" wystawiać. Zdecydowanie wolę te uroki podziwiane w biegu, tak jak dziś - fan-ta-sty-czne powietrze w parku!

Kiedy pobiegnę następny raz?

We wtorek - i proszę mnie strofować, jeśli nie.

A jak Wam się jesiennie biega?

niedziela, 11 września 2011

Niedzielne bieganie

Pogoda dziś taka, że grzechem byłoby nie skorzystać:). Idealna, aby niemal tygodniowy biegowy impas przełamać. Wybiegłam zatem z mieszkania jako niedzielna biegaczka:) - na totalnym luzie, bez żadnych założeń, z zamiarem chwytania zapewne jednych z ostatnich tego lata tak ciepłych promieni słonecznych. I znów refleksje o niedzielnym bieganiu czyniłam:).

Zdecydowanie w godzinach popołudniowych trzeba uważać na kręcące się wszędzie wokół dzieciaki:). Zresztą, rzec można, że parkowe alejki korkują się i trzeba szukać innych szlaków. Biegaczy też pod dostatkiem, a o tej porze nawet cały ich przekrój - od dziewczyny biegającej w ciężkim bawełnianym dresie (zapewne początek biegowej przygody, lub też, tak jak ja dzisiaj - niedzielna biegaczka), przez mknących przed siebie z zaciśniętymi ustami mężczyzn w okolicach trzydziestki (po minie, to duża szansa, że do BW lub maratonu się szykujących) po tych biegnących ze swadą, pozdrawiających innych biegaczy, którzy zapewne już niejedno w swoim biegowym życiu przeszli, a raczej na pewno bieganie po górskich szlakach, gdzie wzajemne pozdrawianie się jest normą. Zatem różnie. A wśród nich dzisiejszym popołudniem ja - nóżka za nóżką, luźne ramiona, okularki na nosie - pełen niedzielny lans (nawet skarpetki pod kolor koszulki i butów miałam;)). Nie obyło się bez przeszkadzaczy typu zapach pieczonych gofrów, ale co tam;).

Nawiązując do poprzedniego posta - fajnie tak dzisiaj było, bo po prostu przyjemnie. Zdecydowanie tego potrzebowałam po ciężkim tygodniu.
Takie niedzielne bieganie to zresztą rodzaj podstawowaej higieny ciała i umysłu biegającego człowieka. Niebiegającego również chyba powinno być. Przecież wystarczy 30 min truchtania i świat od razu staje się inny. Płuca inaczej pracują, mięśnie okazują swoją wdzięczność, sprawniej się myśli. Lepiej obiad smakuje:). Do tego Siesta z M. Kydryńskim i można niedzielę uznać za udaną:). Dobrze czasem zrobić sobie przerwę od planów na rzecz takiego "niedzielnego biegania". Polecam.

sobota, 3 września 2011

Bieganie czy zadanie?

Tak mnie dziś myśli różne metafizycznej natury nachodzić zaczęły podczas biegania w ostatnich w tej edycji zawodach Pucharu Maratonu na 25 km - czym jest dla mnie bieganie? Czy przypadkiem nie podchodzę do niego zbyt zadaniowo? Trening, zegarek, interwały, usiłowanie systematyczności, oczekiwania wobec siebie - czy to właściwa droga? Albo czy to droga właściwa na każdy z treningów? No właśnie - a może nie treningów, ale po prostu biegów?

Przyszło mi to z chwilą, gdy na czwartym z pięciu 5-km okrążeń zaczęłam czuć, że lekko zwalniające tempo (ciut za szybko chyba znów zaczęłam) przestaje mi po prostu sprawiać przyjemność, a szybciej już za bardzo nie miałam z czego pociągnąć, bo z tyłu głowy miałam świadomość, że jednak jeszcze ładnych kilka km przede mną....
I wtedy taki flashback - zaraz, zaraz - przecież JA NIC NIE MUSZĘ. Wcale nie muszę biec tych 25 km - przecież nie był to bieg o przysłowiowe "złote gacie". Ale z drugiej strony, od razu - ale jak to? tak po prostu zrezygnujesz i poddasz się przed metą? Znacie to na pewno:). Ale zaraz - czy to aby na pewno oznacza "poddanie się"? Przecież te pierwsze 15 km sprawiły mi niesamowitą frajdę, po to się do lasu wawerskiego wybrałam - aby zaczerpnąć innego niż wielkomiejskie powietrza i ruszyć swoje szlachetne 4 litery na chwilę od nauki. Byłam tam tylko dla siebie i dla nikogo innego (taki zdrowy egoizm;)). A jednak ten dość powszechny "kult" zadaniowości tak charakterystyczny dla big city life dopadł mnie na tej pięknej biegowej ścieżce, którą dziś przemierzałam. I zdałam sobie sprawę, że absolutnie nie jestem od tego wolna - wpłaciłam wpisowe na Festiwal Biegowy z przekonaniem, że MUSZĘ tam powalczyć o te nieszczęsne 50 min na dychę. Muszę?

Przy jakiejś porannej kawie jeszcze latem wakacyjnym, w okresie urlopów, czytałam (nie pamiętam niestety gdzie) o tym, że takie zadaniowe podejście do życia, poza tym że porządkuje świat i egzystencję, jednak niesamowicie wyczerpuje ludzki umysł. Co się przekłada również na planowanie urlopów;).
Autor (Autorka?) zachęcał zatem do odpoczywania zasadniczo bez nadmiernych założeń i kolejnych punktów planu do odhaczenia, co wydało mi się na mój obecny stan egzystencjonalny idealną receptą i zaczęłam nawet o takim urlopie marzyć:). Ale gdy podzieliłam się tymi moimi marzeniami z M., to On stwierdził, że jak to? że tak bez zaplanowania? że przecież to On mnie wyręczy i opracuje jakieś urlopowe założenia:) - urlopem szumnie nazywam tu czekający mnie na początku października przedłużony o kilka dni weekend;). No i tak się zastanawiałam - czy faktycznie da się jeszcze w dzisiejszym szalonym świecie tak na chwilę choćby odejść od tej ciągłej potrzeby (realnej lub tylko silnie przyswojonej) wypełniania kolejnych stawianych nam i przez nas założeń? Bo, wracając do urlopu, mnie się marzy aby wstać rano, posłuchać tego, co mi podpowiada samopoczucie i pokrólować w kuchni:), wypić dobrą kawą i porozmawiać o tym, co sprawia przyjemność, albo wziąć książkę i poczytać, albo posłuchać muzyki, albo wreszcie po prostu bez pośpiechu pobyć z M. Albo cokolwiek innego, co będzie na daną chwilę sprawiać przyjemność. Bez założeń. Bez planu, że dziś idziemy na wycieczkę w góry, a jutro jedziemy na basen (przykładowo). I bez pokonywania kolejnych kilometrów w pogoni za lepszym wynikiem. Da się jeszcze tak?

A dzisiejszy bieg? Ostatecznie 20 km w 1:48:08. Czasówka na półmaraton szybsza niż na wiosnę. 52 min na pierwsze 10 km, z dużym jeszcze zapasem sił. Jest szansa, że za tydzień te 50 min pęknie. Welcome home, modern man.

środa, 31 sierpnia 2011

Biegowa ankieta

Czytelniczki i Czytelnicy,

miał być post o tym, jak znów słońce wygrało ze mną w sobotę w nierównej walce, ale niestety kpc zajmuje/zajmować powinno (niewłaściwe skreślić) cały mój wolny od pracy czas, zatem tylko szybkie ogłoszenie. Jeśli ktoś z Was zechce poświęcić chwilkę, aby wspomóc przyszłą panią mgr psychologii sportu (znajoma znajomej, ale tematyka zacna;)), to podaję link do ankiety dotyczącej umiejscowienia kontroli zdrowia, poczucia własnej skuteczności i potrzeby osiągnięć wśród osób biegających zarówno zawodowo, jak i rekreacyjnie. Autorka obiecuje feedback po zakończeniu badania.
Badanie trwa 5 minut (dla szybkoczytających nawet mniej;)). A przy okazji można spojrzeć, o cóż to psychologowie sportu mogę pytać...:).

Tym, którzy zechcą wypełnić ankietę w swoim i Autorki imieniu serdecznie dziękuję.

PS. A teraz moja prywatna ankieta:) - Kto wybiera się na Festiwal Biegowy do Krynicy?

środa, 24 sierpnia 2011

Za-wody butelkę królestwo

Dzieje się. Dość dużo nawet i stąd nie zawsze już starcza czasu na klikanie z ocobiegakobiecie. A przecież kobiecie o tak wiele biega... No ale, pozostawmy tony melancholijne, bo żaden facet i tak tego nie zrozumie (puk, puk - jest tu jakiś;)?). Ad rem, lub ad run, jak kto woli.

Ostatni weekend upłynął pod znakiem małopolskiej gościnności biegowej - I Bieg Śladami Jana Pawła II okazał się całkiem niezłą imprezą i okazją do potruchtania blisko 23 km treningu - bo po pierwsze - formuła pierwszych zmian sztafety, w której FDNT Running Team brał udział, jak zapowiadałam na blogu, nie zakładała ścigania się, tylko wspólne przemierzanie trasy. Prawie 12 km w tempie między 5:30 a 6:00 i wielki niedosyt na mecie. Stąd też narodził się pomysł, aby pobiec również w Biegu Otwartym, który miał mieć ok. 13 km (nie miał nawet 11, jak okazało się na mecie;)). Pomysł wydawał się dobry, ale jak to z dobrymi pomysłami bywa, realizacja nie zawsze przebiega bezproblemowo.
Tym sposobem dochodzimy do "po drugie" - bo po drugie, pierwszy etap sztafetowy biegała Kaha równo w samo południe, bez żadnej butelki wody po drodze, a do kolejnego startu zostało niewiele ponad 1,5 h i nie sposób było wypić wiadro wody tudzież 4move, którego było pod dostatkiem w związku z patronowaniem FoodCare'a. I tak złapała mnie kolka niedługo po starcie i musiałam się z nią rozprawić, a gdy już-już niemal wychodziłam na prostą, nagle poczułam się tak, jakby mi ktoś przycisk "Off" nacisnął i nie było mowy o niczym innym, jak tylko rozpaczliwym rozglądaniu się za punktem odżywczym. Wiedziałam już, że to po prostu odwodnienie i nic już z tym nie zrobię (niestety, słońce to mój najgorszy przeciwnik od zawsze). To były najdłuższe 3 km ostatniego czasu - punkt z wodą stał dopiero na 6 (!) km. Gdy doczłapałam się do niego, pochwyciłam butlę z wodą i postanowiłam nie puścić aż do mety. W końcu do planowanych 13 km jeszcze trochę brakowało. Tak źle nie biegło mi się już bardzo dawno - każdy kolejny krok naprzód to był efekt wytężonej pracy mojego umysłu. Przy moście naprzeciwko Wawelu kolejny punkt z wodą - więc i kolejna butla dla ochłody na ciało, bo naprawdę gorąco było, ale jak się okazało, do mety zamiast spodziewanych 3 km - ok. 1 km pozostał (co było wiadomo na ostatniej prostej na Plantach, bo trasa nie była oznaczona). Bez sensu ten drugi punkt z wodą , bo przecież można było to jakoś bardziej równo podzielić. No ale - pierwsza edycja imprezy, więc mogą być błędy.

Koniec końców okazało się, że te blisko 11 km przebiegłam w 61'31", co i tak należy uznać za sukces.
Na metę zaś wbiegałam w towarzystwie Briana Scotta i sympatycznego pana z numerem 158, który podtrzymywał mi tempo, gdy ja już nie za bardzo miałam jak je sama trzymać - dziękuję!:).

Wypada się jeszcze pochwalić, że na Mistrzostwach Polski w radioorientacji sportowej, które odbyły się w moim rodzinnym Zamościu udało mi się nie zgubić:). Było naprawdę super po dość długiej przerwie zmierzyć się z otwartą przestrzenią, a nie wytyczoną od początku do końca trasą. I po raz kolejny uświadomiłam sobie(choć już powoli tę świadomość kurz przykrywać zaczął), że w tym bieganiu po lesie najpiękniejsze (ale i trudne jednocześnie) jest to, że w przeciwieństwie do asfaltu czy innych ścieżek biegowych miejskich, jeśli czegoś sama od początku do końca nie wypracujesz, to żadna amortyzacja w nawet najlepszych butach świata nie pozwoli Ci korzystać z siły oddawanej przez podłoże. Bo przy bieganiu na przełaj to się po prostu nie sprawdza - masz tylko to, co potrafią Twoje mięśnie i na ile pozwala Ci Twoja wytrzymałość. A moja..? No cóż, stwierdzam lapidarnie, że była znacząco lepsza w okresie przed zarzuceniem radioorientowania się:) Słowem - roztoczańskie tereny dały mi w kość. I o to chodziło:).
Dla ciekawych, jak wygląda start w takich zawodach, fotka na chwilę przed wystartowaniem. W ręku mam mapę, kompas i radioodbiornik, a na uchu słuchawka do odbiornika, aby móc słyszeć nadawany przez ukryte w lesie nadajniki sygnał alfabetem Morse'a. Jak widać, poza tym wyposażeniem nie różni się taki zawodnik jakoś szczególnie od standardowego biegacza:).

I nawet udaje mi się ostatnio w miarę regularnie trenować - szaleństwo normalnie:). A podbiegi na Agrykoli to teraz mój ulubiony akcent, a co! ;).