...do celu - jakkolwiek by ten cel określać:).
Ciężki był to tydzień i sobota również - musiałam wygonić lenia, który gdzieś się w moim otoczeniu schował. No ale poodkurzałam mieszkanie i jakoś poszło - widocznie siedział pod łóżkiem:). Podstępny. Fakt, że akurat gdy rozpierała mnie energia w środku tygodnia, to lało tak, że nie odważyłam się jednak wysunąć czubka buta na zewnątrz. Na bycie totalnym hardcorem mam jeszcze czas:D.
Dziś dla odmiany ominęłam park. Zrobiłam tourne przez warszawskie mosty, zahaczając o Bulwar Wiślany i Wał Miedzeszyński. O zachodzie słońca - nawet ładnie było:). Lubie biegać mostami. Zwłaszcza Świętokrzyskim, bo ma fajną nawierzchnię i bardzo miękko odbijają się od niej stopy. Ale lubię też Łazienkowski - ze względu na dużą liczbę przejść, zejść i schodów, które trzeba pokonać, wzmacniając się niejako mimowolnie. Chyba najmniej przepadam za Mostem Poniatowskiego, bo przecież mam go na co dzień:). O pozostałych - next time:)
W trakcie biegu zaplanowałam też trasę na jutro - ale coś czuję, że najprzyjemniej byłoby pobiegać w godzinach bardzo porannych. Zobaczymy - może w końcu uda mi się zmobilizować na tyle, aby wyjść na trening rano:). I nie wiem czy istnieje gdzieś sposób, który wyrzuciłby mnie z łóżka rano prosto w buty. Jeśli tak, to chętnie przygarnęłabym go...
Ostatnio staram się zwracać większą jeszcze uwagę na technikę biegu (to chyba efekt lektury książek J.S.). Jeśli chodzi o pracę nad poprawą kroku i jego wydłużeniem - czuje pod nogami, że jakieś choćby minimalne postępy są, ale próby oddychania ustami, jak radzi p. Jerzy raczej nie przypadają do gustu mojemu organizmowi. Zresztą po tylu latach pracy nad regularnym oddechem przez nos, mam poważne wątpliwości czy uda mi się nauczyć w tej materii czegoś nowego. Tym bardziej, że nie do końca chyba jestem jednak przekonana co do wyższości techniki oddychania w dużej mierze ustami.
Najbliższy start zapewne na Biegnij Warszawo, bo konieczność podróży w różne zakątki Polski nie pozwoli na nic wcześniej. Nie powiem, abym była zachwycona perspektywą tłumów. Z tego względu czasem tęsknię mocno za lasem - wszak w porównaniu do tego, co się dzieje "na ulicy", nawet największy "tramwaj" podczas zawodów BnO jest ledwie garstką szaleńców błąkających się po lesie:D. Nie bez celu oczywiście:).
A cel na BW? Zejść poniżej 50 min. Ale tłumy raczej nie będą sprzyjające, więc zapowiada się ciekawie:). Jak już w końcu podczas biegu ulicznego złamię te 50 min na dychę, to wtedy będzie można się bawić dalej;).
sobota, 4 września 2010
niedziela, 29 sierpnia 2010
Nareszcie!
W końcu przyszła fantastyczna biegowa pogoda! I jeszcze do tego ten delikatny zapach nadchodzącej jesieni, który czuć w powietrzu... Hmm... Czegóż chcieć więcej, delektując się wieczorną sobotnią dyszką;)? Tym bardziej, że dyszka jeszcze sprawnie spod nóg ucieka. Wprawdzie miałam wrażenie, że nikogo poza mną już w Skaryszaku nie było, a miałam taką chęć delikatnie pościgać się na pętli..;) Eh - dawno nie byłam tak zadowolona z treningu:).
Na zakończenie zamieniłam łazienkę w domowe SPA - w sobotni wieczór już naprawdę niewiele więcej do szczęścia potrzeba:).
A dzisiejszym porankiem (no dobrze - południem;)) ponownie zaserwowałam sobie Pilatesową gimnastykę - i chyba znalazłam coś, co mnie wzmocni i jednocześnie przynosi przyjemność i ukojenie. No ale już taka jestem - ćwiczenia muszę "czuć", i to nie tylko w mięśniach je wykonujących. Dlatego serdecznie nie cierpię siłowni - taka bezduszna jest... Wysiłek fizyczny to jednak też metafizyka;).
Na zakończenie zamieniłam łazienkę w domowe SPA - w sobotni wieczór już naprawdę niewiele więcej do szczęścia potrzeba:).
A dzisiejszym porankiem (no dobrze - południem;)) ponownie zaserwowałam sobie Pilatesową gimnastykę - i chyba znalazłam coś, co mnie wzmocni i jednocześnie przynosi przyjemność i ukojenie. No ale już taka jestem - ćwiczenia muszę "czuć", i to nie tylko w mięśniach je wykonujących. Dlatego serdecznie nie cierpię siłowni - taka bezduszna jest... Wysiłek fizyczny to jednak też metafizyka;).
czwartek, 26 sierpnia 2010
Planów modyfikacja
Hehe - tak to już zazwyczaj bywa niestety - jak sobie coś zaplanuję, to często nie wychodzi... Tym samym Półmaraton Gryfa w Szczecinie w tym roku idzie w odstawkę (w przyszłym roku koniecznie do odrobienia;)). Mężczyzna mi się wykruszył i nie to, że sama nie pojechałabym;), ale jednak i mnie sumienie co nieco ruszyło.. Bo weekendów wolnych jak na lekarstwo, egzamin z cywila, spadków i rodzinnego za pasem, magisterka już chyba przestała we mnie wierzyć, że kiedyś na serio do niej wrócę:D, więc dla spokoju sumienia postanowiłam zrezygnować tym razem. Zatem połówka już raczej w przyszłym roku, teraz do końca sezonu duże dyszki do biegania zostają. Szkoda trochę, no ale.. Co oczywiście nie znaczy, że weekend wolny od biegania będzie:D.
Dzisiaj w ramach dnia dobroci dla własnego kręgosłupa zaserwowałam sobie sesyjkę Pilatesa i muszę powiedzieć, że chyba się do tego przekonam, bo uczucie "po" napawające optymizmem wielkim nie tylko mnie, ale moje kręgi również :). Do powtórzenia zdecydowanie:).
Dzisiaj w ramach dnia dobroci dla własnego kręgosłupa zaserwowałam sobie sesyjkę Pilatesa i muszę powiedzieć, że chyba się do tego przekonam, bo uczucie "po" napawające optymizmem wielkim nie tylko mnie, ale moje kręgi również :). Do powtórzenia zdecydowanie:).
czwartek, 12 sierpnia 2010
....bólowi na przekór w dobrym towarzystwie
W szczytowej formie to wczoraj nie byłam.. Po powrocie z pracy, gdzie czekał na mnie już gotowy pachnący obiadek dałam się jednak namówić na chociaż pół godzinki truchtu. Potwierdza się tym zasada, że jeśli z kimś się umówisz na trening, to duuużo trudniej się wykręcić.. Zwłaszcza gdy biegowy kumpel już na Ciebie czeka w mieszkaniu ;). Zatem forma wybitnie nie półmaratońska - raczej pół-forma albo i nawet ćwierć-forma...Niestety..
I do tego znów jakieś problemy z trawieniem najwyraźniej mnie dopadły. I coraz mocniej w kościach czuję, że wizyta u jakiegoś dietetyka to tylko kwestia czasu... Nie objadam się przecież, staram się jeść w miarę regularnie i unikam śmieciowego junk food, a czasem mam wrażenie, że moje jelita czują się przy tym gorzej niż za czasów połykania w biegu twistera w KFC i sławetnych VIFONowych chińskich zupek nocą w czasie sesji na KICu.. Eh..to już chyba starość :D.
Walczyć jednak trzeba :) i zdecydowanie łatwiej jest gdy ma się do tego towarzystwo - za wczorajsze dziękuję K. i M. Przecież gdy mam z jednej i z drugiej strony faceta, to nie zatrzymam się i nie stwierdzę, że nie dam rady ;).
I do tego znów jakieś problemy z trawieniem najwyraźniej mnie dopadły. I coraz mocniej w kościach czuję, że wizyta u jakiegoś dietetyka to tylko kwestia czasu... Nie objadam się przecież, staram się jeść w miarę regularnie i unikam śmieciowego junk food, a czasem mam wrażenie, że moje jelita czują się przy tym gorzej niż za czasów połykania w biegu twistera w KFC i sławetnych VIFONowych chińskich zupek nocą w czasie sesji na KICu.. Eh..to już chyba starość :D.
Walczyć jednak trzeba :) i zdecydowanie łatwiej jest gdy ma się do tego towarzystwo - za wczorajsze dziękuję K. i M. Przecież gdy mam z jednej i z drugiej strony faceta, to nie zatrzymam się i nie stwierdzę, że nie dam rady ;).
wtorek, 10 sierpnia 2010
...dla takich chwil warto się pomęczyć :)
Okazuje się, że wystarczy wyjść pół godziny wcześniej na trening do Skaryszaka i spotyka się całkiem mnóstwo współbraci-biegaczy i współsióstr-biegaczek. Dziś to chyba nawet więcej tych ostatnich, co mnie zdziwiło lekko. Niemniej jednak, równo o 21, gdy zwykle ja dopiero wkraczam do parku, zrobiło się dużo przestronniej - pusto niemal, no ale tym razem byłam w połowie treningu, a nie na początku:).
Rzecz niezwykle miła mnie dziś spotkała i tak próbowałam pamięcią sięgnąć, czy kiedyś coś takiego mi się przydarzyło.. No i okazało się, że nie. Byłam już na 8 km dzisiejszego planu, tempo równe od początku niemal 5'15" przez cały dystans (zdaję sobie sprawę, że szału nie ma:) - ale nie o tym tutaj). Już któryś raz mijałam dwóch chłopaków, którzy sobie truchtali w przeciwnym kierunku, plotkując przy tym. I gdy tak ich ten ostatni raz mijałam jeden z nich powiedział do drugiego "Patrz, ależ ta pani ładnie tempo trzyma!". Obejrzałam się dookoła-nikogo więcej nie było, więc to było jednak o mnie.. Miło się zrobiło:) - i na lekkich nóżkach pobiegłam dalej.
Rzecz niezwykle miła mnie dziś spotkała i tak próbowałam pamięcią sięgnąć, czy kiedyś coś takiego mi się przydarzyło.. No i okazało się, że nie. Byłam już na 8 km dzisiejszego planu, tempo równe od początku niemal 5'15" przez cały dystans (zdaję sobie sprawę, że szału nie ma:) - ale nie o tym tutaj). Już któryś raz mijałam dwóch chłopaków, którzy sobie truchtali w przeciwnym kierunku, plotkując przy tym. I gdy tak ich ten ostatni raz mijałam jeden z nich powiedział do drugiego "Patrz, ależ ta pani ładnie tempo trzyma!". Obejrzałam się dookoła-nikogo więcej nie było, więc to było jednak o mnie.. Miło się zrobiło:) - i na lekkich nóżkach pobiegłam dalej.
niedziela, 8 sierpnia 2010
Fajnie :)
Jednak trzeba sobie czasem urozmaicić życie - biegowe również :). Dziś zamiast tradycyjnego treningu parkowego (który naprawdę bardzo lubię) trening z przeszkodami. Z jednej strony efekt wczorajszej nawałnicy, bo nie wszędzie zostały już uprzątnięte połamane konary i zwalone drzewa, co spowodowało, że na niektórych chodnikach bieg przeradzał się w przełaje. Z drugiej natomiast dużo różnych podbiegów i zbiegów, czyli pełna eksploracja warszawskich schodów przy mostach i estakadach. Lekko nie było, bo i dawno taki wysiłek sobie serwowałam, ale na deser wspaniałości - kilka okrążeń na bieżni Agrykoli. Moje stopy nie odbijały się od tartanu od czasów liceum, więc było wielkie "wow", zwłaszcza, że bieżnia po remoncie:). Coś czuję, że częściej będzie mnie tam nosić :).
Startowe na Półmaraton Gryfa opłacone - więc już raczej nie wypada rezygnować i trzeba będzie znowu zmierzyć się z HM:). ...tylko coś to wzmacnianie mięśni, nóg zwłaszcza, mi wciąż nie wychodzi tak, jak chciałabym..
Startowe na Półmaraton Gryfa opłacone - więc już raczej nie wypada rezygnować i trzeba będzie znowu zmierzyć się z HM:). ...tylko coś to wzmacnianie mięśni, nóg zwłaszcza, mi wciąż nie wychodzi tak, jak chciałabym..
poniedziałek, 2 sierpnia 2010
...motywacyjny dołek...
Nie jakiś strasznie poważny, ale taki, że raczej trzymałby w łóżeczku (jakże miłym ostatnimi czasy) niż wyciągał ku szafie i ubraniom biegowym. Przejdzie - wiem. Jednak przez to treningu dużo mniej efektywne wychodzą i w związku z tym zostaje miesiąc na podszlifowanie formy na HM kolejny. Wypadałoby poprawić już posiadany debiutancki wynik :).
W międzyczasie szykuje się trochę większy biegowy projekt, ale o tym już za jakiś czas następnym razem. Mam nadzieję, że wyjdzie i choć kilka kolejnych osób zarazimy miłością do aktywności. Eh - niepoprawni idealiści wciąż przez nas przemawiają:D.
No i chyba w ramach motywacji trzeba będzie na jakieś zakupy się wybrać ;).
W międzyczasie szykuje się trochę większy biegowy projekt, ale o tym już za jakiś czas następnym razem. Mam nadzieję, że wyjdzie i choć kilka kolejnych osób zarazimy miłością do aktywności. Eh - niepoprawni idealiści wciąż przez nas przemawiają:D.
No i chyba w ramach motywacji trzeba będzie na jakieś zakupy się wybrać ;).
Subskrybuj:
Posty (Atom)