Nie jest dobrze - od dwóch tygodni ponad nie mogę wyzbyć się tych trzech słów ze swego podręcznego słownika.
Od Półmaratonu Ślężańskiego nie wyszłam na żaden (słownie: żaden) trening, bo dopiero od wczoraj w miarę zdrowa się czuję. Kaszel poddał się zasadniczo w niedzielę wieczorem, od wczoraj choruje intensywnie na choroby okołozawodowe, ale czwartek to ostateczny termin na wznowienie treningów - w końcu trzeba z wiosną ruszyć drzemiące głęboko wciąż pokłady energii.
Rezultatem braku dyspozycji była sobotnia absencja na falenickim finale, na który miałam chrapkę - no ale tym razem rozsądek przemówił głosem bardziej zdecydowanym niż tydzień wcześniej w Sobótce i zostałam w łóżku celem dokończenia kuracji. W sumie chyba dobrze, bo kiedyś trzeba zadbać o siebie i zdrowie, które jedno tylko nam dane.
Jako że o treningach pisać nie mam teraz jak, to o nieco ogólniejszym temacie chciałam w kontekście tytułu bloga. Zatem nawiązując do tematyki kobiecej, śledziłam ostatnio ciekawe biegi dedykowane tylko li kobietom. I w sumie, poza naszym rodzimym podwórkiem, które w ubiegłym roku na Agrykoli o Samsung Irena Women’s Run się wzbogaciło (btw. ciekawe czy w tym roku Samsung lub inna firma pokusi się o sponsoring takiego biegu?), jest jeszcze w świecie kilka ciekawych biegów do odwiedzenia i, oby kiedyś, do "zaliczenia". Jest tego dość dużo, jak się okazuje, zatem podzielę przyjemność na porcje:) - będzie jak przy zbiorowym żywieniu, ale dużo smaczniej;).
Na pierwszy rzut inicjatywy nam najbliższe z punktu widzenia geograficznego.
10/09/2011 – adidas Women’s Race 5 km (Praga)
Bieg wieczorny w pięknej scenerii praskiego Starego Miasta. Jeśli ktoś choć raz tam był wieczorną porą (moim zdaniem najlepszą i jedyną na zwiedzanie w sezonie ze względu na nieprzebrane tłumy turystów), na pewno może sobie wyobrazić smak takiego biegu. Tylko zazdrościć Prażankom takiej możliwości (co piszę jako Prażanka – Południowa;)). Chociaż, jak się tak zastanowić, to krótko strasznie te 5 km;).
Jest również możliwość startu drużynowego (3 zawodników, min. 1 kobieta) i włączania do czasu teamu wyników z męskiego biegu, który odbywa się równolegle niemal, pod nazwą METRO Men’s Race 10 km.
Na chwilę obecną (do 31 lipca) opłata startowa to jedyne 65 euro. I to chyba jedyny mankament tego biegu.. Zresztą, brak flagi z opcją wyboru języka polskiego na stronie biegu wskazywałby, że z udziałem Polek w imprezie raczej krucho.
Dla porównania, flagi takich krajów jak Wielka Brytania, Hiszpania, Niemcy, Francja, Włochy, Chiny, Japonia, Turcja, Rosja, Portugalia i Grecja kolorowo majaczą z lewej strony w panelu nawigowania.
Statystyki podane przez organizatora na stronie obejmują dane za 2008 i wskazują na ponad 2 800 uczestniczek. Niemało.
05/06/2011 - 16th Coca-Cola Women’s Run (Budapeszt)
Nieco dalej niż Praga, ale wciąż blisko, ponad 4 000 kobiet brało w ubiegłym roku udział w biegu, któremu patronuje największa marka świata. Sukcesu należy się pewnie doszukiwać, po pierwsze w regularności organizacji tego wydarzenia biegowego (16. raz to nie przelewki wszak) oraz w zróżnicowanej ofercie, umożliwiającej kobietom na start w następujących kombinacjach na dystansach:
1. 10 km
2. 10 km w sztafecie 2 osobowej
3. 3,1 km
4. 3,1 km (walking)
http://www.budapestmarathon.com
Trasa wydaje się równie ciekawa jak w Pradze, poprowadzona najpiękniejszymi ulicami miasta, a o tyle może nawet ciekawsza, że – wersji podstawowej – dwa razy dłuższa;). Centrum biegu w Parku Miejskim przy Promenadzie Olofa Palme. I niech to będzie wskazówką na kierunek dalszej biegowej podróży na „kobiecy” azymut.
środa, 6 kwietnia 2011
poniedziałek, 28 marca 2011
0:1 dla rozumu
No i tydzień kolejny minął..
Po nocnym powrocie do domu w poniedziałek, wtorkowy poranek powitał mnie ostrym drapaniem i bólem w gardle:( Niemiła ta niespodzianka jeszcze tego samego dnia weszła w fazę rozwojową, przynosząc ze sobą też gorączkę i ogólne kiepskie bardzo samopoczucie. A w sobotę czekała na mnie wciąż Sobótka z półmaratonem-tym, który miał być otwarciem nowego sezonu.. Środa i czwartek poprawy niestety nie przyniosły jeśli chodzi o zdrowie, nie wyszłam nawet do biura, pracując z domu, a w piątek do akcji wkroczył jeszcze suchy kaszel. Wprawdzie miałam spakowane już ubrania i buty do biegania, bo do Wrocławia miałam jechać prosto z pracy, więc koniec końców wyjechałam na Dolny Śląsk przygotowana. I tak pokasłując jak zaawansowany gruźlik zastanawiałam się, jak tym razem poradzę sobie w roli fotoreportera chłopaków. Że nie będzie łatwo, tego byłam pewna;). W drodze na pociąg kupiłam jeszcze butlę syropu prawoślazowego i niezawodną maść Wicka, z nadzieją, że może jeszcze uda mi się oszukać swój organizm w ciągu tych następnych kilku godzin. I chyba nieco pomogło, choć kaszel mocno nadwerężał moje gardło i z oddychaniem było kiepsko...
Droga z Wrocławia do Sobótki była walką wewnętrzną z sobą samą, toczącą się na poziomie serce-rozum. Po odbiorze pakietu z numerem startowym rozum nie miał już szans, bo ani się spostrzegłam już byłam przy szatni i chwilę później sznurowałam buty;). Zapakowałam tylko na trasę swój prywatny "doping" w postaci dwóch cukierków Halls Extra Strong (lepsze na chrypę i gardło niż jakiekolwiek apteczne specyfiki), słusznie przewidując, że w megaszybkim tempie wysuszy mi się w gardle. Od 5 do 18 km jak chomik trzymałam w buzi jednego cukierka i w zupełności wystarczyło - przyznam, że nie spodziewałam się aż tak pozytywnego działania na moje gardło. Bałam się na starcie, że nie dam rady, bo i cały tydzień przed półmaratonem nie dość,że poszedł w plecy, nie dość, że w sobotę wcześniej nie udało się ostatniego długiego wybiegania zrobic, to jeszcze ten niespełna tydzień choróbska niezmiernie mnie wykończył. W rezultacie meldowałam się na starcie z nad wyraz sztywnymi mięśniami (pomimo rozgrzewki). I przypomniałam sobie o czytanym na kilka dni wcześniej artykule na bieganie.pl o taktyce startu z szybszą drugą połową, czyli wolniejszym początkiem:). Chyba w tę sobotę w Sobótce nie miałam szans zastosować jakiejkolwiek innej taktyki. Którym to sposobem po raz pierwszy wystartowałam znacznie wolniej niż zawsze (zawsze=za szybko).
Jeszcze na 2-3 tygodnie przed startem zakładałam, że będzie to typowy start kontrolny i przyznam, że biorąc pod uwagę czas z PM w Warszawie 2010 (1:58:09), liczyłam się nawet z tym, że mogę nie złamać 2 h przy ponad 200 m przewyższenia na trasie biegu. Tymczasem, mimo wszelkich niedogodności, każdy podbieg był czystą przyjemnością:). Chociaż nie mogłam się powstrzymać przed wspomnieniem fatalnego startu w Falenicy 3 tygodnie wcześniej, gdy już wspinałam się na ostatni podbieg przed dobiegiem do mety:). Ostatecznie wyszło 1:58:04 netto i pewnie jakiś udział tej falenickiej porażki w tym jest;). Taktyka "Startuj wolniej" również okazała się być trafna, bo od 5 km do mety wyprzedziłam 64 osoby nawet tego nie zauważając. Ostatecznie w swojej kategorii udało mi się jeszcze na połowę stawki załapać i spośród 137 kobiet w ogóle wyszło, że miałam 58. czas. Wciąż przyzwoicie, jak na okoliczności.
A co było na mecie? Napad kaszlu vol. 2;). I mam go niestety wciąż do dziś - nawet ukraińska musztarda nie pomogła go przepędzić:D.
Podsumowując zaś sam bieg i trasę - warto było zobaczyć coś innego niż trasa PM w Warszawie:). Zdecydowanie takich okoliczności przyrody mi brakowało. Nawet ostra mżawka nie była w stanie odebrać przyjemności z przemierzania trasy wokół Ślęży.
A w sobotę mierzę się z Falenicą - mam nadzieję,że kaszel już minie, a jak nie, to znów zastosuję terapię Hallsową;).
Po nocnym powrocie do domu w poniedziałek, wtorkowy poranek powitał mnie ostrym drapaniem i bólem w gardle:( Niemiła ta niespodzianka jeszcze tego samego dnia weszła w fazę rozwojową, przynosząc ze sobą też gorączkę i ogólne kiepskie bardzo samopoczucie. A w sobotę czekała na mnie wciąż Sobótka z półmaratonem-tym, który miał być otwarciem nowego sezonu.. Środa i czwartek poprawy niestety nie przyniosły jeśli chodzi o zdrowie, nie wyszłam nawet do biura, pracując z domu, a w piątek do akcji wkroczył jeszcze suchy kaszel. Wprawdzie miałam spakowane już ubrania i buty do biegania, bo do Wrocławia miałam jechać prosto z pracy, więc koniec końców wyjechałam na Dolny Śląsk przygotowana. I tak pokasłując jak zaawansowany gruźlik zastanawiałam się, jak tym razem poradzę sobie w roli fotoreportera chłopaków. Że nie będzie łatwo, tego byłam pewna;). W drodze na pociąg kupiłam jeszcze butlę syropu prawoślazowego i niezawodną maść Wicka, z nadzieją, że może jeszcze uda mi się oszukać swój organizm w ciągu tych następnych kilku godzin. I chyba nieco pomogło, choć kaszel mocno nadwerężał moje gardło i z oddychaniem było kiepsko...
Droga z Wrocławia do Sobótki była walką wewnętrzną z sobą samą, toczącą się na poziomie serce-rozum. Po odbiorze pakietu z numerem startowym rozum nie miał już szans, bo ani się spostrzegłam już byłam przy szatni i chwilę później sznurowałam buty;). Zapakowałam tylko na trasę swój prywatny "doping" w postaci dwóch cukierków Halls Extra Strong (lepsze na chrypę i gardło niż jakiekolwiek apteczne specyfiki), słusznie przewidując, że w megaszybkim tempie wysuszy mi się w gardle. Od 5 do 18 km jak chomik trzymałam w buzi jednego cukierka i w zupełności wystarczyło - przyznam, że nie spodziewałam się aż tak pozytywnego działania na moje gardło. Bałam się na starcie, że nie dam rady, bo i cały tydzień przed półmaratonem nie dość,że poszedł w plecy, nie dość, że w sobotę wcześniej nie udało się ostatniego długiego wybiegania zrobic, to jeszcze ten niespełna tydzień choróbska niezmiernie mnie wykończył. W rezultacie meldowałam się na starcie z nad wyraz sztywnymi mięśniami (pomimo rozgrzewki). I przypomniałam sobie o czytanym na kilka dni wcześniej artykule na bieganie.pl o taktyce startu z szybszą drugą połową, czyli wolniejszym początkiem:). Chyba w tę sobotę w Sobótce nie miałam szans zastosować jakiejkolwiek innej taktyki. Którym to sposobem po raz pierwszy wystartowałam znacznie wolniej niż zawsze (zawsze=za szybko).
Jeszcze na 2-3 tygodnie przed startem zakładałam, że będzie to typowy start kontrolny i przyznam, że biorąc pod uwagę czas z PM w Warszawie 2010 (1:58:09), liczyłam się nawet z tym, że mogę nie złamać 2 h przy ponad 200 m przewyższenia na trasie biegu. Tymczasem, mimo wszelkich niedogodności, każdy podbieg był czystą przyjemnością:). Chociaż nie mogłam się powstrzymać przed wspomnieniem fatalnego startu w Falenicy 3 tygodnie wcześniej, gdy już wspinałam się na ostatni podbieg przed dobiegiem do mety:). Ostatecznie wyszło 1:58:04 netto i pewnie jakiś udział tej falenickiej porażki w tym jest;). Taktyka "Startuj wolniej" również okazała się być trafna, bo od 5 km do mety wyprzedziłam 64 osoby nawet tego nie zauważając. Ostatecznie w swojej kategorii udało mi się jeszcze na połowę stawki załapać i spośród 137 kobiet w ogóle wyszło, że miałam 58. czas. Wciąż przyzwoicie, jak na okoliczności.
A co było na mecie? Napad kaszlu vol. 2;). I mam go niestety wciąż do dziś - nawet ukraińska musztarda nie pomogła go przepędzić:D.
Podsumowując zaś sam bieg i trasę - warto było zobaczyć coś innego niż trasa PM w Warszawie:). Zdecydowanie takich okoliczności przyrody mi brakowało. Nawet ostra mżawka nie była w stanie odebrać przyjemności z przemierzania trasy wokół Ślęży.
A w sobotę mierzę się z Falenicą - mam nadzieję,że kaszel już minie, a jak nie, to znów zastosuję terapię Hallsową;).
poniedziałek, 21 marca 2011
Motywator
Hmm...po problemach z weekendowym treningiem, kiedy nie miałam ani chwili aby wyjść na dłuższe wybieganie (ostatnie..) przed półmaratonem, z racji tej, że pół soboty jeszcze mi praca skonsumowała, drugie pół różnej maści prace domowe, i kiedy usypiając dziś całą drogę powrotną do Warszawy marzyłam tylko o kawie, ciachu i łóżeczku, uciekłam się do fortelu... Na postoju kupiłam fast foodowego hot doga z przydrożnego baru.. A to wszystko po to, aby mieć motywację do spalenia tego paskudztwa;) Zadziałało:) - na krótki, bo krótki, ale wyszłam na trening po przyjeździe. W sumie całkiem nieźle działa na psychikę;) i na krótką metę może się sprawdzać.
niedziela, 13 marca 2011
Kryzysowo
Kolejny debiut na warszawskich salonach biegowych znów za mną. Tym razem salonami były błotniste ścieżki lasu kabackiego w ramach GP Warszawy w sobotę. Miało być lekko, fajnie i przyjemnie. I było. Fajnie i przyjemnie. Słonecznie do tego. Ale już nie lekko. Dwa kryzysy na 10 km to średnia zdecydowanie powyżej norm wszelakich.
Zaczęło się od tego, co zawsze - zbyt szybki start. Potem kolka, ale zanim ona, to naprawdę biegło mi się bardzo przyjemnie i niosła mnie wiosenna aura. Tylko że po ok. 2 km jakoś ta aura w ciężkie chmury się zmieniła i musiałam walczyć z kolką...następne 2 km. Złość wielka na siebie samą, że znów się nie posłuchałam rozsądku - w końcu miał to być po prostu trening.. Do ok. 8 km udało mi się biec swobodniej, a potem znów mały kryzys..sam finisz już nieco lepiej:). Ogólnie 54:45 mój zegarek pokazał. Cienko jak barszcz, ale w zasadzie to złapana przez kolkę stwierdziłam, że skoro się już i tak męczę, to nieco sobie dorzucę wysiłku i "zaliczę" wszelkie napotkane błota i kałuże. Co też uczyniłam. Zafundowałam moim Jazzom treściwą maseczkę błotną;), ale z racji ich brązowej barwy wciąż wyglądały jak nietknięte niemal. Chociaż w takich sytuacjach ten ich nienajpiękniejszy kolor się sprawdza :D.
Dziś miało być długie wybieganie - ostatni taki dłuuugi trening przed półmaratonem ślężańskim, ale po wczorajszym GP (chyba nie do końca dobrze się rozciągnęłam z pośpiechu..:/) i po wieczorze/nocy towarzysko zagospodarowanej moje członki po przebudzeniu wołały o litość.. Miało być 20 km, a wyszło...jak wyszło. Posłuchałam ciała, bo czasem miewa rację i zafundowałam sobie blisko godzinną sesję ćwiczeń Pilatesa i wzmacniających, głównie nogi. I brzuszki do tego (jest lepiej;)) i pompek kilka nawet, choć nie znoszę ich serdecznie, ale stwierdziłam, że w braku treningu biegowego zadam sobie jakieś psychiczne cierpienie. Fizyczne zresztą też, biorąc pod uwagę moje zamaskowanej wielkości bicepsy.
A propos biegu w Sobótce - M. był dziś na rekonesansie trasy i zdał relację. Poczuł w nogach ten nieszczęsny podbieg, o który najbardziej się boję. Tam naprawdę nie będę mogła wystartować za szybko - bo będzie niedobrze... I niepokoi mnie to, że ostatnio moje mięśnie jakby nie dają za mną rady...:/ Czego przykładem choćby dzisiejszy dzień.. Wiem doskonale, że to brak kompleksowego treningu, uzupełnionego o gimnastykę - wiem. I wiem, że będzie ciężko w Sobótce tego 26go. Ale podobno widoki na trasie piękne:). Więc warto.
Ale przez pozostałe niecałe 2 tygodnie już nie mogę odpuścić gimnastyki. A dłuższe wybieganie może jeszcze uda się w sobotę przyszłą zrobić...
PS. Witam w nowej szacie blogspotowej - z wiosną przyszła potrzeba zmian. I tęsknota za górami, co widać na załączonym obrazku.
Zaczęło się od tego, co zawsze - zbyt szybki start. Potem kolka, ale zanim ona, to naprawdę biegło mi się bardzo przyjemnie i niosła mnie wiosenna aura. Tylko że po ok. 2 km jakoś ta aura w ciężkie chmury się zmieniła i musiałam walczyć z kolką...następne 2 km. Złość wielka na siebie samą, że znów się nie posłuchałam rozsądku - w końcu miał to być po prostu trening.. Do ok. 8 km udało mi się biec swobodniej, a potem znów mały kryzys..sam finisz już nieco lepiej:). Ogólnie 54:45 mój zegarek pokazał. Cienko jak barszcz, ale w zasadzie to złapana przez kolkę stwierdziłam, że skoro się już i tak męczę, to nieco sobie dorzucę wysiłku i "zaliczę" wszelkie napotkane błota i kałuże. Co też uczyniłam. Zafundowałam moim Jazzom treściwą maseczkę błotną;), ale z racji ich brązowej barwy wciąż wyglądały jak nietknięte niemal. Chociaż w takich sytuacjach ten ich nienajpiękniejszy kolor się sprawdza :D.
Dziś miało być długie wybieganie - ostatni taki dłuuugi trening przed półmaratonem ślężańskim, ale po wczorajszym GP (chyba nie do końca dobrze się rozciągnęłam z pośpiechu..:/) i po wieczorze/nocy towarzysko zagospodarowanej moje członki po przebudzeniu wołały o litość.. Miało być 20 km, a wyszło...jak wyszło. Posłuchałam ciała, bo czasem miewa rację i zafundowałam sobie blisko godzinną sesję ćwiczeń Pilatesa i wzmacniających, głównie nogi. I brzuszki do tego (jest lepiej;)) i pompek kilka nawet, choć nie znoszę ich serdecznie, ale stwierdziłam, że w braku treningu biegowego zadam sobie jakieś psychiczne cierpienie. Fizyczne zresztą też, biorąc pod uwagę moje zamaskowanej wielkości bicepsy.
A propos biegu w Sobótce - M. był dziś na rekonesansie trasy i zdał relację. Poczuł w nogach ten nieszczęsny podbieg, o który najbardziej się boję. Tam naprawdę nie będę mogła wystartować za szybko - bo będzie niedobrze... I niepokoi mnie to, że ostatnio moje mięśnie jakby nie dają za mną rady...:/ Czego przykładem choćby dzisiejszy dzień.. Wiem doskonale, że to brak kompleksowego treningu, uzupełnionego o gimnastykę - wiem. I wiem, że będzie ciężko w Sobótce tego 26go. Ale podobno widoki na trasie piękne:). Więc warto.
Ale przez pozostałe niecałe 2 tygodnie już nie mogę odpuścić gimnastyki. A dłuższe wybieganie może jeszcze uda się w sobotę przyszłą zrobić...
PS. Witam w nowej szacie blogspotowej - z wiosną przyszła potrzeba zmian. I tęsknota za górami, co widać na załączonym obrazku.
czwartek, 10 marca 2011
Wiosennie
Zdecydowanie w powietrzu wiosnę poczułam.
I to nie tylko fakt, że mogłam (a nawet musiałam) zrezygnować z tzw. trzeciej warstwy gdy w końcu dotarłam na Agrykolę, ale też dlatego, że w powietrzu czuć już było, że warszawska młodzież powoli zaczęła na ulice wylegać... I dym, i chmiel i nawet wolę-nie-wnikać-co-jeszcze...
Że pod monopolowym na Międzynarodowej, to jeszcze rozumiem (powiedzmy), że na przystanku lub w jego okolicy, to też jestem sobie w stanie jakoś wytłumaczyć. Tylko co, do ch.... te małoletnie damy i dżentelmeni robią na Agrykoli!? Co jest tam takiego fascynującego z ich punktu widzenia, że stają tam grupką i zaciągają się niemiłosiernie śmierdzącymi świństwami...? Żeby nie było - biegam po wewnętrznym torze, więc jakaś odległość mnie od nich dzieliła, a i tak czułam... I żeby zabawniej jeszcze było, to na widok mnie i jeszcze jednego chłopaka w dresie Polibudy owe damy (dwie) zaczęły dzielić się swoją chęcią pobiegania również:).
Świat na głowie staje, a w zasadzie to nawet i to ciężko stwierdzić, bo i jak ma on biedny stanąć na tym, co młode damy i dżentelmeni mają na głowach? No dobra, czas najwyższy to stwierdzić - jestem stara. To nie moje pokolenie. Ale wypiję za ich zdrowie. Kubek mięty. I zagryzę marchewką.
PS. Do treningu dorzuciłam dziś garść porządną gimnastyki. Mój brzuch też jest stary z nieużywania. Damn it.
I to nie tylko fakt, że mogłam (a nawet musiałam) zrezygnować z tzw. trzeciej warstwy gdy w końcu dotarłam na Agrykolę, ale też dlatego, że w powietrzu czuć już było, że warszawska młodzież powoli zaczęła na ulice wylegać... I dym, i chmiel i nawet wolę-nie-wnikać-co-jeszcze...
Że pod monopolowym na Międzynarodowej, to jeszcze rozumiem (powiedzmy), że na przystanku lub w jego okolicy, to też jestem sobie w stanie jakoś wytłumaczyć. Tylko co, do ch.... te małoletnie damy i dżentelmeni robią na Agrykoli!? Co jest tam takiego fascynującego z ich punktu widzenia, że stają tam grupką i zaciągają się niemiłosiernie śmierdzącymi świństwami...? Żeby nie było - biegam po wewnętrznym torze, więc jakaś odległość mnie od nich dzieliła, a i tak czułam... I żeby zabawniej jeszcze było, to na widok mnie i jeszcze jednego chłopaka w dresie Polibudy owe damy (dwie) zaczęły dzielić się swoją chęcią pobiegania również:).
Świat na głowie staje, a w zasadzie to nawet i to ciężko stwierdzić, bo i jak ma on biedny stanąć na tym, co młode damy i dżentelmeni mają na głowach? No dobra, czas najwyższy to stwierdzić - jestem stara. To nie moje pokolenie. Ale wypiję za ich zdrowie. Kubek mięty. I zagryzę marchewką.
PS. Do treningu dorzuciłam dziś garść porządną gimnastyki. Mój brzuch też jest stary z nieużywania. Damn it.
środa, 9 marca 2011
Plus - minus
Ciężki to był weekend.
Za plus na pewno należy uznać, że w ogóle po drugim sezonie starań, dotarłam na start Falenickiego biegu:)
Na minus zaś zdecydowanie fakt, że ta dycha mnie zabiła. Tak dawno biegałam po czymkolwiek-co-ma-jakiekolwiek-górki, że była to męczarnia niesamowita. Do tego stopnia, że w trakcie biegu zastanawiać się zaczęłam, co ja tam robię (a to niedobry kierunek, jak wiemy:)) i pojawiła się nawet na chwilę myśl szalona, aby nie kończyć, bo przecież i tak niemal w miejscu się przemieszczam, jakie miałam wrażenie... W ogóle wszystko nie tak było tego dnia, bo nawet rozgrzewki porządnej nie udało mi się zrobić, byłam po późnej piątkowej kolacji, z pełnym wciąż żołądkiem - wszystko na "nie" jednym słowem. Tym większe poczucie zadowolenia, że się udało tego "wroga" zneutralizować, zanalizować, na czynniki pierwsze rozebrać. Każdy podbieg oddzielnie w głowie zwalczyć. I w zasadzie to tam jedynie, bo czas całości aż zawstydzający - 59'16". Trudno. Czarę goryczy należy wypić. Powziąć pokory nieco. W końcu jakiś cross sobie zacząć fundować.
I nie koniec to naszych zmagań - póki co Falenica vs. Kaha 1:0. 2 kwietnia będziemy równać rachunki. A na zwycięstwo w przyszłym sezonie już chyba czas przyjdzie:).
Za to wczorajszy trening na Agrykoli całkiem pozytywny i lekko zakręcony, bo machnęłam 23 "kółka", a dawno tak dużej ilości małych okrążeń nie biegałam. Średnie tempo 5'22" ujdzie. Na koniec garść przebieżek i poczucie zadowolenia z przyzwoitego treningu. A po powrocie nocna sesja w kuchni z chałką. Mniam. I apetyt na jutrzejszy trening. Sobótka już czeka - tuż, tuż za zakrętem.
Za plus na pewno należy uznać, że w ogóle po drugim sezonie starań, dotarłam na start Falenickiego biegu:)
Na minus zaś zdecydowanie fakt, że ta dycha mnie zabiła. Tak dawno biegałam po czymkolwiek-co-ma-jakiekolwiek-górki, że była to męczarnia niesamowita. Do tego stopnia, że w trakcie biegu zastanawiać się zaczęłam, co ja tam robię (a to niedobry kierunek, jak wiemy:)) i pojawiła się nawet na chwilę myśl szalona, aby nie kończyć, bo przecież i tak niemal w miejscu się przemieszczam, jakie miałam wrażenie... W ogóle wszystko nie tak było tego dnia, bo nawet rozgrzewki porządnej nie udało mi się zrobić, byłam po późnej piątkowej kolacji, z pełnym wciąż żołądkiem - wszystko na "nie" jednym słowem. Tym większe poczucie zadowolenia, że się udało tego "wroga" zneutralizować, zanalizować, na czynniki pierwsze rozebrać. Każdy podbieg oddzielnie w głowie zwalczyć. I w zasadzie to tam jedynie, bo czas całości aż zawstydzający - 59'16". Trudno. Czarę goryczy należy wypić. Powziąć pokory nieco. W końcu jakiś cross sobie zacząć fundować.
I nie koniec to naszych zmagań - póki co Falenica vs. Kaha 1:0. 2 kwietnia będziemy równać rachunki. A na zwycięstwo w przyszłym sezonie już chyba czas przyjdzie:).
Za to wczorajszy trening na Agrykoli całkiem pozytywny i lekko zakręcony, bo machnęłam 23 "kółka", a dawno tak dużej ilości małych okrążeń nie biegałam. Średnie tempo 5'22" ujdzie. Na koniec garść przebieżek i poczucie zadowolenia z przyzwoitego treningu. A po powrocie nocna sesja w kuchni z chałką. Mniam. I apetyt na jutrzejszy trening. Sobótka już czeka - tuż, tuż za zakrętem.
środa, 2 marca 2011
Górsko...
Znów się nie składa od początku tygodnia trenowanie:/ Dziś bezsenna noc się zapowiada, może jutro, a jak nie, to znów od piątku delikatnie do sobotniej Falenicy będę się stroić psychicznie:). Szukałam dziś właśnie (zanim przekonałam sama siebie, że po książkę na jutrzejszy egzamin należy jednak sięgnąć) elementów mnie biegowo motywujących w postaci wszelakiej, z naciskiem na góry, góry i góry, no i jeszcze może..Skandynawię:). O różnych ciekawych biegach sobie poczytałam (zbiorę chyba w którymś z postów kolejnych takie skandynawskie kompendium), a do obejrzenia polecam materiał o niesamowitym człowieku, który z górskim bieganiem złączył się nierozłącznie...
Subskrybuj:
Posty (Atom)
